Wydaje mu się, że cały świat, który uważał za obojętny i obcy, powstał teraz i pędzi za nim sapiąc i kwicząc ze złości: i te syte, wrogie pola, i zamyślona dama w oknie, i te przeplecione, tępe, uparte, złe nogi. Teraz są senne i drętwe, ale wnet runą za nim całą swą tupocącą masą, skacząc, pędząc, depcąc wszystko, co napotkają po drodze. On jest jeden, a ich tysiące, miliony — to cały świat. Są z tyłu, przed nim, ze wszystkich stron, i nie ma przed nimi ucieczki.
Wagony pędzą, kołyszą się wściekle, zbijają, przypominając rozjuszone, żelazne potwory na króciutkich nóżkach, które chytrze się zgarbiły, przypadły do ziemi i gonią za nim. Na platformie nieprzejrzysty mrok, a to coś, co mknie przed oczyma, jest bezkształtne, mętne i niezrozumiałe. Jakieś cienie na długich, kroczących na opak nogach, jakieś widmowe kształty to przysuwające się do wagonu, to znikające nagle w bezdennym mroku. Umarły zielone pola i las, tylko ich złowieszcze cienie bezszelestnie majaczą nad grzmiącym pociągiem. A o parę wagonów w tyle, może o cztery, może tylko o jeden, tak samo bezszelestnie skradają się tamci. Trzech lub czterech z latarkami. Ostrożnie oglądają pasażerów, wpatrują się, szepcą i z dziką, śmieszną, okrutną powolnością posuwają się ku niemu. Oto już otworzyli jeszcze jedne drzwi... jeszcze jedne...
Ostatnim wysiłkiem woli Jurasów opanowuje się i wolno, oglądając się za siebie, włazi na dach wagonu. Stanął na wąskiej żelaznej barierce, zamykającej wejście, i przechyliwszy się do tyłu zarzucił ręce na dach. Prawie wisi nad mętną, żywą, złowieszczą pustką, owiewającą zimnym wiatrem nogi. Ręce ześlizgują się po blaszanym dachu, chwytają się ścieku, który miękko wygina się jak papierowy, nogi próżno szukają oparcia i żółte półbuty, twarde jak drewno, beznadziejnie ocierają się o gładki, tak samo twardy słup — i w ciągu sekundy Jurasow przeżywa uczucie spadania. Ale już w powietrzu, wygiąwszy się jak spadający kot, zmienia kierunek i trafia na platformę, czując jednocześnie mocny ból w kolanie, którym o coś uderzył, i słysząc trzask rozdzieranego materiału. To palto zaczepiło się o coś i rozdarło. Nie myśląc o bólu ani o niczym innym.
Jurasow obmacuje wydarty strzęp, jakby to było najważniejsze. Smutnie kiwa głową i cmoka.
Po nieudanej próbie słabnie, chce mu się położyć na podłodze, rozpłakać się i powiedzieć: „Bierzcie mnie!" Już wybiera miejsce, gdzie ma się położyć, gdy znów przypomina sobie wagony i przeplatające się nogi i słyszy wyraźnie: ci, trzej lub czterej z latarkami, już idą. I znowu ogarnia go bezmyślny, zwierzęcy strach, rzuca nim po platformie jak piłką, z jednego końca w drugi. I znowu, wpółprzytomny, gotów był leźć na dach wagonu, gdy nagle ognisty, ochrypły ryk — ni to gwizd, ni to krzyk do niczego niepodobny — wdziera mu się w uszy i gasi świadomość. To gwizdnęła mu nad głową lokomotywa witając mijany pociąg, a Jurasowowi zamajaczyło coś nieskończenie okropnego, wręcz ostatecznego w swej okropności, bezpowrotnego. Jakby świat dopędził go i ryknął wszystkimi głosami:
— Ma-a-am cię!
I kiedy z ciemności doleciał w odpowiedzi rosnący, zbliżający się ryk i na szyny równoległego toru padło kuszące światło nadjeżdżającego pociągu kurierskiego, Jurasow odrzucił żelazną barierkę i skoczył tam, gdzie całkiem blisko wiły się oświetlone szyny. Boleśnie uderzył o coś zębami, kilka razy przekoziołkował i kiedy podniósł twarz ze zmiętymi wąsami i bezzębnymi ustami — wprost nad nim zawisły jakieś trzy latarki, trzy mętne światełka za wypukłymi szybkami.
Znaczenia ich nie zrozumiał.
Wrzesień 1904 r.