Do pierwszych drzwi wchodzi spokojnie, z uśmiechem, żeby nie wyglądać podejrzanie, mając w pogotowiu wyszukane, uprzejme, przekonywające pardon! Ale w półciemnym wagonie trzeciej klasy taki tłok, taki chaos worków, kuferków, zewsząd wyciągniętych nóg, że traci nadzieję przedostania się do wyjścia i gubi się w paroksyzmie nowego, nagłego strachu. Jak przebić się przez ten mur? Ludzie śpią, ale ich chwytliwe nogi zewsząd wyciągają się ku przejściu i zagradzają. Wysuwają się gdzieś z dołu, zwisają z półek, zawadzają o głowę i ramiona, są przerzucone z jednej ławki na drugą — wiotkie, podatne — i strasznie wrogie w dążeniu do zajęcia dawnego miejsca, dawnej pozycji. Gną się i prostują jak sprężyny, brutalnie i martwo popychają Jurasowa, niecąc przerażenie swym bezmyślnym i groźnym oporem. Nareszcie jest przy drzwiach, ale jak żelazne sztaby zagradzają je dwie nogi w olbrzymich, sfałdowanych butach; odrzucone ze złością, uparcie i tępo wracają do drzwi, wpierają się w nie, wyginają, jakby były bez kości. Jurasow przesuwa się przez wąziutką szczelinę. Przypuszczał, że to już platforma, ale to tylko nowy przedział z tą samą siatką natłoczonych rzeczy i jakby oderwanych członków ludzkich. Kiedy, pochylony jak byk, przedostaje się wreszcie na platformę, w oczach ma bezmyślność byka i ciemne przerażenie osaczonego zwierzęcia, które nic nie rozumie. Oddycha ciężko, nadsłuchuje, w turkocie kół łowi odgłosy zbliżającej się pogoni i znowu, pochylony jak byk, przezwyciężając strach, idzie ku ciemnym, milczącym drzwiom. Za drzwiami znowu bezsensowna walka, bezmyślny, groźny opór złych ludzkich nóg. W wagonie pierwszej klasy stłoczyła się w wąskim korytarzyku przy otwartym oknie grupka znających się ze sobą pasażerów, którym się nie chce spać. Stoją lub siedzą na wysuniętych ławeczkach, a jakaś młodziutka dama o kędzierzawych włosach patrzy w okno. Wiatr kołysze firankę, odrzuca w tył pukle włosów i Jurasowowi wydaje się, że wiatr pachnie ciężkimi, sztucznymi perfumami miejskimi.
— Pardon — mówi ze smutkiem — pardon Mężczyźni wolno i niechętnie usuwają się, oglądając nieprzyjaźnie Jurasowa; dama w oknie nie słyszy, a druga, roześmiana dama długo trąca ją w okrągłe, obciągnięte rękawem płaszcza ramię. Odwraca się wreszcie i zanim ustępuje mu drogi, wolno i strasznie długo ogląda Jurasowa, jego żółte półbuty i płaszcz z prawdziwego angielskiego sukna. W oczach ma jeszcze mrok nocy i mruży je, jakby namyślała się: czy ma przepuścić tego jegomościa, czy nie?
— Pardon! — mówi błagalnie Jurasow i dama szeleszcząc jedwabną spódnicą niechętnie usuwa się ku ścianie.
A potem znowu te okropne wagony trzeciej klasy — chyba dziesiątki, setki już ich minął, a przed nim wciąż nowe platformy, nowe nieustępliwe drzwi i chwytliwe, złe, okrutne nogi. Oto nareszcie ostatnia platforma, a przed nią ciemna, głucha ściana wagonu bagażowego. Jurasow na chwilę zamiera, jakby w ogóle przestaje istnieć. Coś biegnie obok niego, coś grzmi; kołysze się podłoga pod uginającymi się, drżącymi nogami.
I nagle czuje: ściana, zimna, twarda ściana, o którą oparł zmęczone ciało, cicho, lecz uparcie odpycha go. Popchnie, znowu popchnie jak żywa, jak chytry i ostrożny wróg. który nie ma odwagi napaść otwarcie. Wszystko, co Jurasow widzi, splata się w jego mózgu w jednolity, dziki obraz olbrzymiej, bezlitosnej pogoni.