Ale nie patrzy. Biała, promieniejąca jak obłok w świetle księżycowym, długo jeszcze lśni w mroku i bezszelestnie się w nim roztapia.
— To obejdzie się! — dumnie szepce Jurasow, a w duszy jest mu tak biało i zimno, jakby spadł śnieg — biały, czysty, martwy śnieg.
Pociąg dlaczegoś jeszcze stoi i Jurasow spaceruje wzdłuż wagonów — taki piękny, surowy i poważny w swej zimnej rozpaczy, że teraz nikt by go nie wziął za złodzieja trzykrotnie zasądzonego za kradzieże i odsiadującego wiele miesięcy więzienia. Jest spokojny, wszystko widzi, wszystko słyszy i rozumie, i tylko nogi ma jak gumowe — nie czuje ziemi, a w duszy coś umiera cicho, spokojnie, bez bólu i skurczów. Oto i umarło.
Muzyka znowu gra i w jej powiewne, roztańczone dźwięki wpadają urywki dziwnej, przerażającej rozmowy:
— Panie konduktorze, dlaczego pociąg nie rusza? Jurasow zwalnia kroku i nadsłuchuje. Konduktor
z tyłu za nim obojętnie odpowiada:
— Skoro stoi, to widocznie jest powód. Maszynista poszedł tańczyć.
Pasażer śmieje się, a Jurasow idzie dalej. W powrotnej drodze słyszy, jak rozmawiają dwaj konduktorzy:
— Podobno jest w tym pociągu?
— A któż go widział?
— Nikt nie widział. Żandarm mówił.
— Kłamie twój żandarm, ludzie nie są głupsi od niego...
Rozlega się dzwonek i Jurasow przez chwilę jest niezdecydowany. Ale od tamtej strony, gdzie tańczą, nadchodzi dziewczyna w bieli z kimś pod rękę. Jurasow wskakuje na platformę i przechodzi na drugą stronę. Nie widzi ani dziewczyny w bieli, ani tańczących, tylko muzyka przez moment tchnie nań z tyłu falą gorących dźwięków i wszystko ginie w mroku i milczeniu nocy. Jest sam na chybotliwej platformie wagonu, wśród niewyraźnych nocnych sylwetek. Wszystko się porusza, wszystko gdzieś odchodzi nie zawadzając o niego, takie obce i widmowe jak obrazy snu.


V
Popchnąwszy drzwiami Jurasowa i nie zauważywszy go, szybko przeszedł przez platformę konduktor z latarką i znikł za następnymi drzwiami. Ani kroków, ani nawet trzaśnięcia drzwiami nie było słychać w hałasie pociągu, ale cała jego niewyraźna, rozpływająca się postać z pośpiesznymi ruchami sprawiała wrażenie nagłego, ostro urwanego krzyku. Jurasow zesztywniał, coś szybko kombinując — jak płomień wybuchła w mózgu, w sercu, w całym ciele jedna olbrzymia, straszna myśl: polują na niego! Depeszowano o nim, widziano go, rozpoznano i teraz łapią po wagonach. Ten „on", o którym tak zagadkowo rozmawiali konduktorzy, to właśnie Jurasow; jakże strasznie rozpoznać siebie w jakimś bezosobowym „on", o którym mówią postronni, nieznani ludzie.
Teraz w dalszym ciągu mówią o „nim", szukają go. Tak, idą od ostatniego wagonu, wyczuwa to węchem doświadczonego zwierza. Trzech lub czterech z latarkami; przyglądają się pasażerom, zaglądają do ciemnych kątów, budzą śpiących, szepcą ze sobą — i krok za krokiem, z bezlitosną nieuchronnością, z fatalną konsekwencją zbliżają się do Jurasowa, do tego, który stoi na platformie i z wyciągniętą szyją nadsłuchuje. Pociąg pędzi z szaloną szybkością i koła już nie śpiewają i nie mówią: krzyczą żelaznymi
głosami, szepcą tajemniczo i głucho, kwiczą w dzikim upojeniu złością — rozjuszona sfora obudzonych psów.
Jurasow zaciska zęby i, zmuszając się do spokoju, kombinuje: skoczyć przy takiej szybkości niepodobna, do najbliższej stacji jeszcze daleko, trzeba przejść na przód pociągu i tam czekać. Zanim obszukają wszystkie wagony, może się coś stać — pociąg się zatrzyma lub zwolni bieg! I wtedy zeskoczy.