Z wyżyn spogląda surowe, gwiaździste niebo i ze wszystkich stron obejmuje go surowy, dziewiczy mrok pól, a samotne światełka lśnią w nim jak łzy czystej litości na prześlicznym, zamyślonym obliczu. Daleko przed nim majaczy łuna świateł stacyjnych i stamtąd, od tej jasnej plamy, wraz z ciepłym i świeżym powietrzem nocnym nadlatują miękkie, łagodne dźwięki muzyki. Koszmar znikł — i ze zwykłą lekkomyślnością człowieka, który nie ma własnego miejsca na ziemi, Jurasow od razu zapomina o nim i w podnieceniu wsłuchuje się w znajomą melodię.
— Tańczą! — mówi, błogo się uśmiecha i uszczęśliwionymi oczami rozgląda się dokoła, gładząc się rękami, jakby coś z siebie zmywał. — Tańczą! A, do diabła, tańczą!
Prostuje ramiona, niepostrzeżenie wygina się w rytm znanego tańca, napełnia go uczucie żywego, rytmicznego, pięknego ruchu. Bardzo lubi tańce, a kiedy tańczy, staje się bardzo dobry, łagodny i tkliwy, i nie jest już wtedy ani Niemcem Heinrichem Walterem, ani Fiodorem Jurasowem, którego stale zasądzają za kradzieże, lecz kimś trzecim, o którym nic nie wie. I kiedy z nowym porywem wiatru rój dźwięków ulatuje w ciemne pole, Jurasow przeraża
się, że to już na zawsze, i o mało nie płacze. Ale jeszcze głośniej i radośniej, jakby nabrawszy sił w ciemnym polu, wracają dźwięki, i Jurasow błogo się uśmiecha: — Tańczą! Tam, do licha!
IV
Tańczono przy samej stacji. Letnicy urządzili bal: zaprosili orkiestrę, porozwieszali dokoła placyku czerwone i niebieskie lampiony, zapędzając nocny mrok na same wierzchołki drzew. Gimnazjaliści, panienki w jasnych sukienkach, studenci, jakiś młody oficerek z ostrogami, taki młodziutki, jakby tylko przebrał się za wojskowego — płynnie krążą po szerokim placyku, wzbijając piasek nogami i furkocącymi sukniami. W ułudnym półmroku lampionów wszyscy ludzie wydawali się piękni, a tańczący — jakimiś niezwykłymi istotami, wzruszającymi w swej powiewności i czystości."Dokoła noc, a ci tańczą; wystarczy odejść z dziesięć kroków od koła, i nieogarniony, władczy mrok pochłania człowieka. A ci tańczą i muzyka gra dla nich tak czarująco, marzycielsko i rzewnie.
Pociąg stoi pięć minut. Jurasow wkręca się w tłum widzów: ciemnym, bezbarwnym pierścieniem otoczyli plac i mocno trzymają się drutu, tacy zbyteczni, bezbarwni. Jeden z nich uśmiecha się dziwnym, powściągliwym uśmiechem, inni są ponurzy i smutni — tym szczególnym, bladym smutkiem, jaki rodzi widok cudzej wesołości. Ale Jurasowowi jest wesoło: natchnionym wzrokiem znawcy ogląda tancerzy, aprobuje, leciutko przytupuje i nagle postanawia:
— Nie pojadę dalej. Tu zanocuję.
Z koła, niedbale rozpychając tłum, wychodzi dwoje: dziewczyna w białej sukni i wysoki młodzieniec, prawie tak sarno wysoki jak Jurasow. Idą, piękni, jakby niosąc ze sobą cząstkę światła, wzdłuż półsennych wagonów na koniec peronu, gdzie czujnie nasępił się mrok. Jurasowowi naprawdę wydaje się, że dziewczyna promienieje — tak białą ma suknię, tak czarne brwi na białej twarzy. Z pewnością siebie człowieka, który dobrze tańczy, dopędza idących i pyta:
— Proszę mi powiedzieć, gdzie tu można zdobyć bilety na tańce?
Młodzieniec jest bezwąsy. Obrzuca w półobrocie Jurasowa surowym wzrokiem i odpowiada:
— To tylko dla swoich.
— Jestem podróżny, nazywam się Heinrich Walter.
— Już panu powiedziałem: tu są tylko swoi.
— Nazywam się Heinrich Walter, Heinrich Walter.
— Proszę pana! — młodzieniec groźnie zatrzymuje się, ale dziewczyna w bieli ciągnie go za sobą.
Gdyby tylko chciała spojrzeć na Heinricha Waltera!