Wytrzeszczone...
Tak obrzydliwie żywo przypomniała się Jurasowowi ta piosenka, słyszana we wszystkich ogródkach miejskich, którą wraz z nim
śpiewali jego kompanowie, że chciało mu się odepchnąć ją rękami, jak coś żywego, jak kamień ciśnięty zza węgła. Lecz tak okrutna tkwiła władza w tych bezsensownych słowach, lepkich i bezczelnych, że cały pociąg jak długi, z setką obracających się kół, podchwycił jej motyw:
Małania ma ślipia
Wytrzeszczone...
Tysiącem, grubych warg wessało się w Jurasowa coś nieforemnego i potwornego, mętnego i lepkiego, całowało go mokrymi, nieczystymi pocałunkami, chichotało, ryczało tysiącami gardzieli, gwizdało, wyło, kłębiło się po ziemi jak wściekłe. Koła przypominały szerokie, okrągłe pyski. Zagłuszając bezwstydny śmiech, wirując w pijanym wichrze każde stukało oddzielnie i wyło:
Małania ma ślipia...
I tylko pola milczały. Chłodne i spokojne, głęboko pogrążone w czystym, twórczym zamyśleniu, nie wiedziały nic o człowieku z murów dalekiego miasta. Obcą była im jego dusza strwożona, nękana wspomnieniami. Pociąg niósł Jurasowa naprzód, a bezczelna i bezmyślna pieśń wzywała go z powrotem do miasta, wlokła brutalnie i okrutnie, jak zbiega, którego pojmano na progu więzienia. Jeszcze się opiera, wyciąga ręce w nieznany, szczęśliwy przestwór, a już w głowie powstają, jak coś fatalnie nieuniknionego, okrutne obrazy niewoli wśród murów i żelaznych krat. To, że pola są tak zimne i obojętne i nie chcą mu pomóc, jak obcemu, napełnia Jurasowa uczuciem beznadziejnej samotności. Jurasowa ogarnia przerażenie — tak niespodziewane, olbrzymie i okropne jest to uczucie, które wytrąca go poza nawias życia jak umarłego. Gdyby usnął na tysiąc lat i obudził się wśród nowego świata i nowych ludzi, nie byłby bardziej samotny, bardziej obcy wszystkiemu, niż teraz. Chce wywołać z pamięci coś bliskiego, miłego, ale nie ma nic, bezczelna zaś piosenka ryczy w uciemiężonym mózgu i rodzi smutne i straszne wspomnienia, rzucające cień na całe jego życie. Oto znowu jest ten ogród, gdzie śpiewano Małanię. Ukradł coś w tym ogrodzie, goniono go i wszyscy byli pijani: i on, i ci, co gonili go z krzykiem i gwizdem. Schował się gdzieś w jakimś ciemnym kącie, w czarnej dziurze, i znikł im z oczu. Długo tam siedział koło jakichś starych desek, z których sterczały gwoździe, obok pękniętej beczki z wyschniętym wapnem; czuł świeżość i spokój rozkopanej ziemi, pachniało mocno młodą topolą, a niedaleko po ścieżkach spacerowali wystrojeni ludzie i grała muzyka. Minęła go szara kotka, zamyślona, obojętna na ludzki gwar i muzykę, tak niespodziewana w tym miejscu. Sympatyczna kotka — Jurasow zawołał na nią: „Kici-kici", kotka podeszła, pomruczała, otarła się o jego kolana i pozwoliła się pocałować w miękki pyszczek, pachnący futerkiem i śledziem. Po jego pocałunkach zaczęła kichać i odeszła, pełna godności i obojętna jak znakomita dama, a on wyszedł ze swej kryjówki i wtedy go złapano.
Ale tam przynajmniej była kotka. A tu tylko obojętne, syte pola, i Jurasow zaczyna je nienawidzić całą siłą swej samotności. Gdyby tylko mógł, zarzuciłby je kamieniami; zebrałby tysiąc ludzi i kazał podeptać delikatną, kłamliwą zieloność, która wszystkich raduje, a z jego serca wysysa ostatnie krople krwi. Po co pojechał? Siedziałby sobie teraz w restauracji „Progress", piłby wino, rozmawiał i śmiał się. Zaczyna nienawidzić tej, do której jedzie, ubogą i brudną towarzyszkę swego brudnego życia. Teraz jest bogata i sama prowadzi interes z dziewczynkami. Kocha go i daje mu pieniędzy, ile tylko zechce, a on przyjeżdża, bije ją do krwi, do przeciągłego kwiku. A potem upije się, będzie płakać, dusić sam siebie za gardło i śpiewać szlochając:
Małanio...
Koła już nie śpiewają. Bełkocą żałośnie, jak chore dzieci, tulą się do siebie, szukając tkliwości i spokoju.