I właśnie jakby tak należało: nie mówić, lecz śpiewać, Jurasow zaśpiewał zrazu cichutko,, potem coraz głośniej, póki jego głos nie stopił się z jazgotem i hukiem żelaza. Rytmem tej pieśni był stukot kół, a melodią — cała giętka i przezroczysta fala dźwięków. Ale bez słów. Nie zdążyły się uformować; dalekie i niewyraźne, strasznie szerokie, jak pole, przelatywały gdzieś z szaloną szybkością i głos ludzki biegł za nimi swobodnie i łatwo. Wznosił się i opadał, słał się po ziemi, ślizgał po łąkach, przeszywał gąszcz leśny; lekko wznosił się do nieba, zatracając się w nieskończoności. Kiedy na wiosnę wypuszcza się ptaka na wolność, powinien lecieć tak, jak ten glos: bez celu, bez drogi, starając się wykreślić, ogarnąć, poczuć całą dźwięczną dal niebieskiego przestworza. Tak zapewne zaśpiewałyby zielone pola, gdyby obdarzono je głosem. Tak śpiewają w letnie, ciche wieczory ci maleńcy ludzie, krzątający się nad czymś w zielonej pustyni.
Jurasow śpiewał, a purpurowy odblask zachodzącego słońca płonął na jego twarzy, na płaszczu z angielskiego sukna i na żółtych półbutach. Śpiewał żegnając słońce i coraz smutniejsza stawała się jego pieśń, jakby ptak poczuł dźwięczną dal niebieskiego przestworza, wzdrygnął się od nieznanego smutku i zaczął kogoś przywoływać: „Przyjdź!"
Słońce zaszło i szara pajęczyna legła na cichej ziemi i cichym niebie. Szara pajęczyna powlokła twarz — gasną na niej ostatnie odblaski zachodu i twarz martwieje.
„Przyjdź do mnie, dlaczego nie przychodzisz? Słońce zaszło i ciemnieją pola, tak samotnie i tak boleśnie samotnemu sercu, tak samotnie, tak boleśnie. Przyjdź! Słońce zaszło, ciemnieją pola. Przyjdźże, przyjdź!"
Tak płakała jego dusza. A pola wciąż ciemniały i tylko niebo nad zgasłym słońcem stało się jeszcze jaśniejsze i głębsze, jak prześliczna twarz zwrócona do ukochanego, co cichutko odchodzi.


III
Przeszła kontrola biletów i konduktor mimochodem warknął do Jurasowa:
— Nie wolno stać na platformie, proszę przejść do wagonu!
I odszedł, gniewnie trzasnąwszy drzwiami. Jurasow tak samo gniewnie rzucił w ślad za nim:
— Bałwan!
Wydało mu się, że brutalne słowa i gniewne trzaskanie drzwiami idą stamtąd, od porządnych ludzi w wagonie. I znowu poczuł się Niemcem Heinrichem Walterem; z irytacją i urazą, wysoko podnosząc ramiona, mówił do domniemanego solidnego rozmówcy:
— Cóż za brutale! Zawsze wszyscy stoją na platformach, a ten powiada: „Nie wolno!" Do diabła!
Potem znów był przystanek z nagłą i władczą ciszą. Teraz przed nocą trawa i las pachniały jeszcze mocniej, a wysiadający ludzie już nie wydawali się tacy śmieszni i ciężcy: przezroczysty zmierzch jakby ich uskrzydlił i zdawało się, że dwie kobiety w jasnych sukniach nie poszły, lecz poleciały jak łabędzie, i znowu zrobiło mu się dobrze i smutno. Zachciało się śpiewać. Ale głos był nieposłuszny, nawijały się jakieś niepotrzebne i nudne słowa i pieśń szła nieskładnie. Chciało mu się zamyślić, płakać słodko i beznadziejnie, lecz zamiast tego wciąż majaczył mu przed oczyma jakiś solidny jegomość, do którego mówi dobitnie i ważko:
— A czy pan zauważył, jak podskoczyły Sormowskie?
Ciemne, zsunięte pola znowu o czymś własnym myślały, niezrozumiałe, zimne i obce. Nieharmonijnie, bez sensu hukały koła i zdawało się, że wciąż się o siebie zahaczają i przeszkadzają sobie wzajemnie. Coś stukało między nimi, skrzypiało zardzewiałym zgrzytem, coś skrobało: przypominał się tłum pijanych, ogłupiałych, wałęsających się bez sensu ludzi. Potem ci ludzie zaczęli zbierać się w gromadę, ustawiać, a wszyscy mieli na sobie jaskrawe, kabaretowe kostiumy. Potem ruszyli naprzód i naraz ryknęli pijackim, hulaszczym chórem:
Małania ma ślipia