Są też i ludzie. Malutcy, coś robią w tej zielonej pustyni i nie czują strachu. Nawet im wesoło: oto doleciał skądsiś urywek pieśni i zatonął w grzmocie i muzyce kół. Są i domy — malutkie, rozrzucone swobodnie, o oknach patrzących w pole. Jeżeli nocą podejdzie się do okna, widać pole — otwarte, rozległe, ciemne pole. I dziś, i wczoraj, i co dzień. Co noc przebiegają tędy pociągi i co dzień rozwiera się ciche pole z malutkimi ludźmi i domkami. Wczoraj Jurasow o tej porze siedział w restauracji „Progress" i nie myślał o żadnym polu, a ono było takie samo jak dziś, tak samo ciche, piękne i nad czymś zamyślone. Oto przebiegł niewielki gaj: stare, duże brzozy z gniazdami gawronimi na zielonych wierzchołkach. I wczoraj, kiedy Jurasow siedział w restauracji „Progress", pił wódkę i wrzeszczał z kolegami, patrząc na akwarium, w którym pływają bezsenne ryby. tak samo w głębokim spokoju trwały te brzozy, i mrok był pod nimi i dokoła nich.
Z dziwną myślą, że tylko miasto jest czymś rzeczywistym, a to jest omam, i że jeśli zamknie się oczy, a potem je otworzy, to żadnego pola nie będzie — Jurasow mocno zamknął powieki i ścichł. Od razu zrobiło mu się tak dobrze i niezwykle, że już nie chciał otwierać oczu. I nawet nie trzeba: znikły myśli, wątpliwości i ciągła głucha trwoga; ciało biernie i słodko kołysało się w rytm oddechów wagonu, a twarz delikatnie muskało ciepłe, świeże powietrze pól. Ufnie unosiło puszyste wąsy i szumiało w uszach, a na dole, pod nogami, słał się równy i melodyjny turkot kół, podobny do muzyki, do pieśni, do czyjejś rozmowy o dalekim, smutnym i miłym. Jurasowowi zdawało się, że tuż od jego nóg, od pochylonej głowy i twarzy, nieśmiało wyczuwającej łagodną pustkę przestrzeni, zaczyna się zielononiebieska bezdeń, pełna cichych słów i nieśmiałej, ukrytej pieszczoty. Tak dziwnie — jakby gdzieś daleko padał cichy i ciepły deszcz.
Pociąg zwolnił biegu i zatrzymał się na jedną chwilę. I od razu ze wszystkich stron otoczyła Jurasowa taka nieogarniona, fantastyczna cisza, jakby to była nie chwila postoju pociągu, lecz lata, dziesiątki lat, wieczność. I wszystko było ciche: ciemny, zalany smarem, mały kamyczek przylepiony do szyny, róg czerwonego, krytego peronu, niskiego i pustego, trawa na zboczu nasypu; pachniało brzozowymi liśćmi, łąkami, świeżym nawozem — i ten zapach był także wieczną, nieogarnioną ciszą. Na sąsiedni tor, niezgrabnie chwytając się poręczy, zeskoczył jakiś pasażer i oddalił się. I taki był dziwny, niezwykły w tej ciszy, jak ptak, który zawsze lata, a teraz postanowił iść. Tu trzeba latać, lecz on szedł, i ścieżka była długa, nieznana, a kroki jego małe i krótkie. I tak śmiesznie przebierał nogami w tej nieogarnionej ciszy.
Bezszelestnie, jakby wstydząc się swej hałaśliwości, pociąg ruszył i dopiero po ujechaniu wiorsty od cichego peronu, który zginął już bez śladu w zieleni lasów i pól, swobodnie zagrzmiał wszystkimi członami swego żelaznego tułowia. Jurasow, podniecony, przespacerował się po platformie — wysoki, szczupły, giętki — nieświadomie przygładził wąsy, patrząc gdzieś w górę błyszczącymi oczami, i przytulił się do żelaznej zasuwy po tej stronie wagonu, gdzie opadało za widnokrąg czerwone, olbrzymie słońce. Coś znalazł: zrozumiał coś, co przez całe życie mu umykało i czyniło to życie takim nieforemnym i ciężkim jak ten pasażer, który powinien by lecieć, a nie iść.
— Tak, tak — poważnie powtarzał z zafrasowaną miną i zdecydowanie kręcił głową. — Oczywiście tak.
Koła donośnie na różne głosy potwierdzały: „Oczywiście tak, tak, tak..."