Jakoś nie mogę sobie przypomnieć.
Stary wolno odłożył gazetę i surowo ściągając usta w dół spojrzał na niego krótkowzrocznymi, jakby obrażonymi oczami.
— Co? Nie słyszę.
Jurasow powtórzył i gdy mówił, starannie skandując słowa, staruszek-oficer obejrzał go z dezaprobatą jak wnuka, który napsocił, lub jak żołnierza, który nie jest całkiem w porządku, i zaczął się gniewać. Skóra na czaszce między rzadkimi, siwymi włosami zaczerwieniła się, a podbródek się zatrząsł.
— Nie wiem — burknął gniewnie. — Nie wiem. Nic tu takiego nie ma. Nie rozumiem, o co ludzie wciąż pytają.
I zabrawszy się znowu do gazety, kilka razy opuszczał ją w dół, żeby spojrzeć gniewnie na natręta. Wówczas wszyscy ludzie w całym wagonie wydali się Jurasowowi złymi i obcymi, zrobiło mu się nieswojo, że siedzi w drugiej klasie na miękkim sprężynowym siedzeniu. Z głęboką niechęcią i złością przypomniał sobie, jak stale i wszędzie wśród porządnych ludzi natykał się na tę ukrytą, a często otwartą, bezpośrednią wrogość. Ma na sobie płaszcz z prawdziwego angielskiego sukna, żółte buty i kosztowny pierścień, a ci jakby widzieli nie to, lecz coś innego, czego on sam nie może dostrzec ani w lustrze, ani w swej świadomości. W lustrze wygląda tak samo jak wszyscy, a nawet lepiej. Nie ma napisanego na czole, że jest chłopem Fiodorem Jurasowem, złodziejem trzykrotnie karanym za kradzież, a nie młodym Niemcem Heinrichem Walterem. I to nieuchwytne, niezrozumiałe, zdradliwe, co wszyscy w nim widzą, a czego tylko on nie widzi i nie zna, wzbudza w nim zwykły głuchy niepokój i strach. Chciałby uciec. Oglądając się podejrzliwie i czujnie, całkiem teraz niepodobny do uczciwego Niemea-buehałtera, wychodzi dużymi, silnymi krokami.


II
Był to początek czerwca i wszystko przed oczami, do najdalszej nieruchomej smugi lasów, zieleniło się młodo i silnie. Wschodziła trawa, sadzonki w nagich jeszcze ogrodach, i wszystko było tak pogrążone w sobie, tak sobą zajęte, tak tkwiło w milczącym twórczym zamyśleniu, że gdyby trawa i drzewa miały twarz, wszystkie twarze byłyby zwrócone ku ziemi, wszystkie zamyślone i nieobecne; wszystkie usta byłyby skute olbrzymim bezdennym milczeniem. Jurasow blady, smutny, samotnie stojący na kołyszącej się platformie wagonu, trwożnie poczuł tę żywiołową, nieogarnioną myśl. Od pięknych, milcząco zagadkowych pól powiało nań tą samą chłodną obcością, jak od ludzi w wagonie. Wysoko nad polami rozpościerało się niebo i także było zapatrzone w siebie. Gdzieś za plecami Jurasowa zachodziło słońce i słało po całej ziemi długie, proste promienie. Nikt nie patrzał na niego w tej pustyni, nikt nie myślał o nim i nie znał go. W mieście, gdzie Jurasow urodził się i wyrósł, domy i ulice mają oczy, którymi patrzą na ludzi — jedne wrogo i ze złością, inne łagodnie — a tu nikt na niego nie patrzy i nic o nim nie wie. Wagony także są zamyślone: ten, w którym się znajduje, biegnie, pochylony, gniewnie się kołysząc; drugi, z tylu, biegnie ani szybciej, ani wolniej, ale jakby samodzielnie i także patrzy w ziemię i nadsłuchuje. A dołem, pod wagonami grzmi różnogłosy huk i hałas: to jak pieśń, to jak muzyka, to jak czyjaś obca, niezrozumiała rozmowa — i wciąż o czymś obcym, dalekim.