— Mamusie będą nam przysyłać pierożki — oświadczyłem poważnie.
Spojrzał na mnie nieufnie, pokiwał głową i odszedł wzdychając. A nazajutrz oznajmił, zielony ze strachu jak papuga:
— Kochani towarzysze! Ja także będę z wami głodować.
Na to padła ogólna odpowiedź:
— Głoduj sobie sam.
Głodował! Nie wierzyliśmy, jak i wy nie wierzycie; przypuszczaliśmy, że czymś się pożywia w tajemnicy, i tak samo myśleli dozorcy. I kiedy przy końcu głodówki zachorował na tyfus głodowy, wzruszyliśmy tylko ramionami: „biedna mała świnia!" Jeden z nas — ten, co nigdy się z niego nie wyśmiewał — powiedział:
— To jest nasz towarzysz. Chodźmy do niego. Bredził, i jak całe jego życie, żałosne było to jego bezsensowne bredzenie. Mówił o swoich ukochanych książeczkach, o mamusi i braciszkach; prosił o pierożki i przysięgał, że jest niewinny; błagał o przebaczenie. I ojczyznę swą przywoływał, przywoływał ukochaną Francję — o, niechże będzie przeklęte słabe serce człowieka! Duszę nam rozdzierał swym krzykiem: „Ukochana Francjo!"
Byliśmy wszyscy w izbie szpitalnej, kiedy umierał. Odzyskał świadomość przed śmiercią; leżał cichy, taki mały, słaby; i my, jego towarzysze, także staliśmy w ciszy. Usłyszeliśmy wyraźnie, gdy powiedział:
— Kiedy umrę, zaśpiewajcie mi Marsyliankę.
Po raz pierwszy zdarzyło się, że to on miał suche oczy — a myśmy płakali, płakaliśmy wszyscy co do jednego, i jak płomień, przed którym uciekają dzikie bestie, płynęły nasze łzy.
Umarł i zaśpiewaliśmy nad nim Marsyliankę. Młodymi, silnymi głosami śpiewaliśmy wielką pieśń wolności i groźnie wtórował nam ocean niosąc na grzebieniach fal do ukochanej Francji i blady strach, i krwawoczerwoną nadzieję. Na zawsze został naszym sztandarem — to kompletne zero o ciele zająca i bydlęcia roboczego i wielkiej duszy człowieka. Na kolana przed bohaterem, towarzysze i przyjaciele!
Śpiewaliśmy. Patrzyły na nas karabiny, złowieszczo szczękały ich zamki; ostre żądła bagnetów groźnie wyciągały się do naszych serc — lecz coraz potężniej, coraz radośniej brzmiała głośna pieśń; w tkliwych rękach bojowników kołysała się cicho czarna trumna.
Śpiewaliśmy Marsyliankę !

Sierpień 1903 r.