Leonid Andrejew
MARYSLIANKA
To było kompletne zero: dusza zajęcza i bezwstydna cierpliwość bydlęcia roboczego. Kiedy złośliwy los, jakby na kpiny, rzucił go w nasze czarne szeregi, śmialiśmy się jak wariaci: że też zdarzają się takie śmieszne, takie bezsensowne omyłki! A on — on, oczywiście, płakał. Nigdy w życiu nie spotkałem człowieka, który miałby tak wiele łez, tak chętnie płynących — z oczu, z nosa, z ust. Niczym przesycona wodą gąbka, zaciśnięta w pięści. Widywałem i w naszych szeregach płaczących mężczyzn, ale ich łzy były jak ogień, przed którym umykały dzikie bestie. Od tych męskich łez starzała się twarz i młodniały oczy: jak lawa, wydarta z rozpalonych trzewi ziemi, wypalały niezatarte ślady i grzebały pod sobą całe miasta drobnych pragnień i pospolitych trosk. Temu zaś, gdy się wypłakał, czerwieniał tylko nos i wilgotniała chusteczka. Zapewne przesuszał ją wtedy na sznurku, bo gdzieżby mógł zdobyć tyle chustek?
W ciągu wszystkich dni wygnania włóczył się od władzy do władzy, do wszelkiej władzy, jakie tylko były i jakie zdołał wynaleźć, kłaniał się, płakał, przysięgał, że jest niewinny, błagał o zlitowanie się nad jego młodością, obiecywał, że przez całe życie nie otworzy ust, jedynie chyba po to, by prosić i dziękować. Ci zaś wyśmiewali go, jak i my, i nazywali „małą, nieszczęsną świnią", pokrzykując:
— Hej, ty, mała świnio!
Posłusznie biegł na wezwanie za każdym razem, przypuszczając, że usłyszy wiadomość o powrocie do domu, a oni tylko kpili z niego. Wiedzieli, tak samo jak my, że jest niewinny, lecz jego męczarnią chcieli nastraszyć inne małe świnie — jakby bez tego nie były dostatecznie tchórzliwe!
Przychodził do nas gnany bydlęcym strachem przed samotnością; ale surowe i zamknięte były nasze twarze i na próżno szukał do nich klucza. Speszony, nazywał nas miłymi towarzyszami i przyjaciółmi, a myśmy kiwali głowami i mówili:
— Uważaj, bo cię usłyszą.
Wówczas spoglądał na drzwi, ta mała świnia. Czyż można było zachować powagę! Śmialiśmy się więc odzwyczajonymi od śmiechu głosami, on zaś. pokrzepiony i ucieszony, przysiadał się bliżej, opowiadał z płaczem o swoich ukochanych książeczkach, które pozostały w domu na stole, o mamusi, braciszkach, o których nie wie, czy żyją, czy też już pomarli ze strachu i tęsknoty.
Wypędzaliśmy go wreszcie.
Kiedy rozpoczęła się głodówka, ogarnęło go przerażenie — niewymownie komiczne przerażenie. Bardzo lubił jeść ten biedny wieprzek; bał się też bardzo miłych towarzyszy i niezmiernie lękał władzy. Stropiony pętał się wśród nas i często ocierał chustką czoło, na którym coś występowało: łzy albo pot. Spytał mnie nieśmiało:
— Długo będziecie głodować?
— Długo — odrzekłem surowo.
— A potajemnie też nie będziecie nic jeść?